Currently Browsing: Wiadomości inne

To nie tak miało być czyli o Rajdzie Wisły:

Najpierw miałam startować z Bartkiem, ale nie wyszło. Filip wybrał jaskinie a reszta dalekie podróże. Kto ze znajomych biega, ten nie ma rolek. Czyli beznadziejnie. Aż kilka dni przed startem znalazłam sobie partnera na napierajkowym forum. Spotkaliśmy się w Wiśle i poszliśmy na piwo. Coś tam ustaliliśmy, ale już na pierwszych kilometrach wniknęło, że jestem od Michała znacznie lepsza na trekkingach, ale znacznie słabsza na rowerze. Na ostatnich kilometrach BnO dołączył do nas nieparzysty Piotr z Krakowa a potem już trasę przemierzaliśmy razem. BnO kończymy pół godziny przed czasem. W ogóle poszło ono słabo, najlepsi byli tylko godzinkę lepsi :) . Trochę czasu straciliśmy na gubieniu się, ale tempo, zwłaszcza z góry, mieliśmy bardzo mocne. Potem szybki park linowy i rower. Nad tym rowerem to ja muszę jeszcze dużo pracować. Na Stożek rower pchamy, z nadzieją, iż katorga skończy się na grani. Nic z tego. Granią przebiega szlak pieszy, po kamorach, co 10m spadam z roweru. O dziwo, wszystkie ekipy (z wyjątkiem jednej, gdzie padły hamulce) zdecydowały się na wariant przez Stożek, czego zdziwiony budowniczy trasy z punktu pod Stożkiem z ogóle nie przewidział. Po etapie rowerowych Michał robi nasze zadanie specjalne i ruszamy na rolki. Na ten etap narzekały wszystkie teamy. Pod górę, bardzo pod górę, jeszcze bardziej pod górę, po nienadającym się na rolki asfalcie, po błocie, ścinkach po wycince drewna w lesie i pod górę :) . Rolki kończymy i udajemy się na 31km trekking. Tutaj rozpoczyna się nasz wyścig z czasem, który ostatecznie przegramy. Na przedostatnim punkcie (trójstyk) meldujemy się minutę przed jego zamknięciem. Trekking kończymy zmęczeni po limicie. Szans na ukończenie już nie ma, więc odpuszczamy ostatnie rowery. Jednak zwózka z trasy brzmi niehonorowo, więc pedałujemy jeszcze kilka razy pod górę, by przedostać się do Wisły.
Podsumowując: mimo nieukończenia rajd bardzo udany i niezwykle pouczający. Beskid Śląski dał się we znaki wszystkim ekipom. Organizatorzy spodziewali się zwycięzców około 22, tymczasem Ci pojawili się 4,5h później. I to mimo skrócenia o prawie połowę ostatniego etapu rowerowego. Rajd Wisły pokonał lepszych od nas: choćby Niezłą Korbę czy On Sight.

Przyćmione wspomnienia chwil dawno minionych, czyli zaległa relacja z Kieratu:

Do tej pory nie rozwikłałam kilku zagadek: jak rajd się udało ukończyć i dlaczego tak późno. Mimo ukończenia (czas: 28h 41min) Kierat to studium porażki. Nieodpowiednie tempo. Izotonik w camelu poskutkował odwodnieniem (tego świństwa nie da się na dłuższą metę pic). Chodzenie na azymut bez wymierzenia azymutu. Źle spakowany plecak. Zmęczenie już przed startem spowodowane długą drogą samochodem i korkami. Chociaż pod koniec Rajdu poprosiłam Bartka, by mnie za rok powstrzymał przed zapisaniem się na Kierat, to teraz, gdy emocje już opadły, zapisać się zamierzam. Zapisać i zawalczyć o czas w okolicach 20h.

Relacja z Przejścia Kotliny 2009

Niezawodny Daleko Jeszcze Adventure Team wybrał się tym razem w dniach 18-22 września 2009 na Przejście Kotliny 2009. W barwach zespołu w imprezie udział wzięli Bartek Syk, Sabina Gielżak i Filip Kierzek.  Gościnnie towarzyszyła nam również Joanna Jankowska.

Poniżej relacja Sabiny Gielżak .. cytując autora “Jak zywkle rozbudowana, ale nic nie poradzę na to, że jestem gadułą”. Ja ze swojej strony dodam jeszcze, że Sabina ukończyła Przejście jako najszybsza kobieta oraz “zajęła” (w cudzysłowiu bo to przecież nie zawody)  3 miejsce w klasyfikacji ogólnej wyprzedziwszy ogromną większość panów :-) . Oto relacja Sabiny:

Jest słoneczne piątkowe popołudnie, gdy naszym oczom ukazują się Karkonosze. Patrzę na ich grań i po cichu zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby się zapisać na Przejście, podczas gdy przeciętny turysta wjedzie sobie na Szrenicę kolejką, pójdzie do Samotni i wędrówkę tak zakończy. Tydzień temu startowałam na rozgrzewkę w Setce po Łódzku a teraz odczuwam znużenie długim łażeniem. A przecież Przejście to 1,5 Setki…
Czas do startu mija mi na obmyślaniu strategii, kontemplowaniu Niechciejstwa i rozmowach z innymi uczestnikami. Po sygnale startu wyrywam do przodu i usiłuję dołączyć się do Sławka i Janusza. Niestety juz na początku podejścia na Szrenicę nie mogę utrzymać ich tempa i zostaję z tyłu, choć nadal na początku. Strategia na Karkonosze polega na mocnym tempie pod górę i maksymalnym wykorzystaniu grawitacji na zejściach (zbiegach). Przy Ogrodzieńcu wita nas radosna kompania serwująca wodę i pałerrejda i mocno nas dopingująca. Pod Śnieżką analizuję swoją pozycję i odpuszczam darmową herbatę. Decyzja okazuje się dobra, bo chłopaków, z którymi szłam pod Śnieżkę, potem już nie widzę na trasie. Po 12 minutach jestem na Śnieżce, chwilę spędzam w schronisku, chwilę szukam dalszego biegu czerwonego szlaku. Widzę, że minutę za mną ktoś jest i nieco tracę pewność siebie. Dość długo zbiegamy z górki niezależnie od siebie, potem zawieramy “pakt o nieagresji” i już do końca “napieramy” razem. Skutecznie, bo kilka minut po 2 meldujemy się na 6 i 7 pozycji na Okraju. Rudawy Janowickie przemierzamy bez większych przygód. Punktowi na PK2 nawet nas nie zatrzymują; na Różance jesteśmy o 7 i nie łapiemy się na rozdawany od 8.30 makaron. Rozczarowani brakiem ciepłego żarełka dzwonimy do organizatorów, którzy obiecują nas namierzyć na trasie. Tymczasem my za Różanką i tak robimy sobie śniadanko. W drodze na PK3 mijamy się od czasu do czasu z Arturem i Sławkiem. Na punkcie dostajemy zaległy, bardzo smaczny makaron i z odnowionym zasobem energii ruszamy na Okole. Ja z Piotrkiem (nr 237) kilka minut przed Arturem i Sławkiem, którzy to nas rychło doganiają, podczas gdy my zastanawiamy się nad prawidłowym wariantem trasy wśród leśnej przecinki. Ostatecznie ratuje nas znający trasę Artur. Niestety z powodu kontuzji Artur zostaje w tyle, ja z Piotrkiem idziemy mocnym tempem do przodu a Sławek jeszcze się z nami ściga. Na tym ściganiu upływa nam droga aż do podejścia na Górę Szybowcową. Tam Sławek po wielokrotnych próbach zostawienia nas w tyle stwierdza, że to nie ma sensu i po odmeldowaniu się na punkcie transportowym, który był kontrolnym, w pobliskim barze przypieczętowujemy sokiem porzeczkowym nowy, trójstronny sok porzeczkowy. Sok widocznie dodaje nam sił, bo chłopcy niespodziewanie stwierdzają, że czas stracony na piciu soku musimy nadrobić zbiegając z górki. Tak też robimy, choć decyzja o przejściu w bieg mnie zaskakuje podczas zdawania telefonicznej relacji z Przejścia. Okazuje się, że potrafię biec i jednocześnie gadać przez telefon. Podczas przelotu na PK5 do Perły Zachodu na Górze Gapy mamy wątpliwości nawigacyjne, z opresji wychodzimy jednak cało. Po wdrapaniu się po schodach (najbardziej strome podejście??) Perła Zachodu zostaje pokonana. Okazuje się, że przed nami tylko dwie osoby. Ta klasyfikacja utrzyma się już do końca, zwiększy się jedynie przewaga pierwszego i drugiego miejsca. Przy Perle Zachodu nasza strata do będącego na 2. pozycji Janusza wynosi 40 minut. Tymczasem podejście na Komorzycę (jedyne 485m) daje mi w kość, w zasadzie to nie chcę spowalniać chłopaków i mówię im, by nie czekali. Jednak poczekali, pod zamkniętym sklepem w Wojcieszycach wciskam w siebie pół kanapki, dwa batony, żel energetyczny i tigera. Po takiej mieszance czuję się jak nowo narodzona i ruszamy na PK6. Tam dla pewności jeszcze jeden Tiger. Efekt jest taki, że Piotr nadal jest szybszy ode mnie, ale już w zasięgu mojego wzroku. Sławek rusza z PK chwilę po nas, dogania nas dopiero w rejonie Zakrętu Śmierci. Tam wkładamy czołówki. Rozpoczyna się najbardziej “upierdliwa” część  Przejścia, czyli niekończące Podejście na Kamienny Wierch, niekończący się asfalt do Cichej Równi, niekończący się przelot do Jakuszyc i niekończące się podejście na górę Babiniec. Idziemy w kolejności: Piotr jakieś 200m przede mną, ja i Sławek jakieś 100m za mną. Od czasu do czasu na siebie czekamy. Z ostatniego PK miało być 18km do mety, co nie napawało optymizmem. Było znacznie mniej. Choć zejście z Babińca daje w kość. Gdy już jesteśmy na asfalcie Piotr się odwraca i dostrzega w górze światełko. Krzyczy do nas, że ktoś nas goni i zbiegamy na dół. My się odwracamy i faktycznie, światełko na górze jest. Zaczynamy bieg na przysłowiowe złamanie karku w dół, czasem już nam sił nie starcza. Myślę i szacuję, że ten na górze ma do nas co najmniej 10 minut straty i nie powinien nas minąć. I tak biegniemy. Tym samym meldujemy się na mecie ex aequo o 00:25, czyli po 28h 25 minutach. Jesteśmy na trzeciej pozycji, ze stratą 3h do zwycięzcy i 1,5h do drugiego miejsca. Tego nadrobić się nie dało, ale może i zebralibyśmy siły na połamanie 28h. Jest więc po co wracać za rok. Jeżeli tylko wystarczy mi odwagi, by jeszcze raz zmierzyć się z Kotliną. Tym razem miałam więcej szczęścia niż rozumu i sukces nie jest w pełni moją zasługą. Trafiłam na ludzi, którzy znali Kotlinę jak własną kieszeń i jeszcze czasem na mnie zaczekali. To są przypadki nieujmowane w żadnych statystykach a jednak tak znaczące… Pomijając już to, że lepszych ode mnie dopadały kontuzje. Inaczej niż tydzień wcześniej w Łodzi, tym razem wystarczyło sił na ściganie się do końca. Przed przyjazdem na Przejście byłam zdania, iż limit czasu pozwala na przeczołganie się przez całą trasę, na metę nie można nie zdążyć. To twierdzenie podtrzymałam akurat do końca, musiałam jednak stwierdzić, że na to Przejście trzeba być naprawdę silnym, fizycznie i psychicznie.
Potem przez 1,5h siedziałam w chatce przy gorącej herbacie i kanapkach a czas upływał na rozmowach z Lupusem. Okazało się, że na ostatnich kilometrach nikt nas nie gonił. Kolejny uczestnik zjawił się na mecie 2,5h po nas. Światełko na górze musiało być gwiazdą lub latarnią. Bo było na pewno, wszyscy widzieliśmy. Prawdopodobnie przez to, że my się poruszaliśmy, wydawało nam się, iż światło również się porusza.
O 2 ułożyłam się w śpiworku w kącie chatki. Zasypiając myślałam sobie o Bartku, Filipie i Asi i całej reszcie, którzy jeszcze byli na trasie. Że w zasadzie to oni mają gorzej, bo ja sobie tutaj śpię a oni jeszcze w górach. Prawdziwe jest twierdzenie chłopaków ze Świętoszów Stars, iż zmęczenie jest proporcjonalne do czasu spędzonego w lesie. Ostatecznie na imprezach turystycznych czy sportowych większość osób porusza się optymalnym tempem, w którym jest w stanie zdążyć do mety. Załóżmy, że u każdego zmęczenie przy optymalnym tempie będzie narastało tak samo. Wtedy “skatowanie” się na trasie będzie zależeć jedynie od czasu.
Tymczasem w organizatorskim radiu cisza. Jakby spali zarówno punktowi jak i uczestnicy. Na krótki zasłużony odpoczynek udaje się również wymęczony Organizator.

Oj działo się działo :-)

Multimedia

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z imprez, w których braliśmy udział. Gelerie dostępne są w w górnym menu w zakładce multimedia.

Design & hosting: ITidea - makers of

polskie ksiegarnie w Australii

|

polska ksiegarnia Chicago

|

polska ksiegarnia wysylkowa